
Tytuł: Spektrum.
Cykl: Czarne światła (tom 2).
Autor: Martyna Raduchowska.
Tytuł oryginału: Spektrum.
Wydawnictwo: Uroboros.
Liczba stron: 416.
Opis: Technologia rozdarła to miasto na pół. Wydawało się, że ostatnie granice ludzkich możliwości zostały zniesione. W powszechnym użyciu są androidy – prawie doskonałe kopie człowieka. Wyposażone w sztuczną inteligencję, niesamowicie szybkie, zdolne do błyskawicznej regeneracji, są o wiele bardziej wytrzymałe niż ich pierwowzór. I o wiele bardziej niebezpieczne. Ludzie dzięki wszczepom i implantom mogą upgrade’ować swoje ciało i umysł niczym postaci z gier komputerowych. Ci, których na nie stać, bogacą się jeszcze bardziej. Biedni spadają na sam dół drabiny społecznej. Szansą dla wykluczonych jest reinforsyna. Geniusz w pigułce, dostępny na każdą kieszeń. Gdy zapada decyzja o wycofaniu jej ze sprzedaży, atak na siedzibę jej producenta jest nieunikniony. Magazyny pustoszeją w jednej chwili. Reinforsyna zalewa ulice falą neurochemicznego szaleństwa. B-Day. Dzień Buntu. Dzień, który zmienił Jareda Quinna w nafaszerowanego elektroniką cyborga. On sam niewiele z niego pamięta. Tylko Maya, jego replikantka, wie, co naprawdę się wtedy wydarzyło. Bo wszystko zaczęło się właśnie od niej.
Łzy Mai podobały mi się na tyle, że z ogromną chęcią sięgnęłam po Spektrum. To była moja pierwsza książka z takiego gatunku i pamiętam, że byłam wręcz zafascynowana słowami autorki. I tym razem nie było inaczej.
Książki umierają z godnością i w ciszy, niepostrzeżenie obracają się w proch już od dnia, w którym jeszcze ciepłe i pachnące drukarską farbą trafiają na swoją pierwszą półkę.
Historię zaczynamy w momencie napadu na Beyond, gdzie zginęła załoga Jareda Quinna, a on sam wyszedł z tego z ogromnym uszczerbkiem na zdrowiu. Tym razem jednak opowiada nam ją Maya. Masakra w Beyond spowodowała właściwie bunt robotów. Syntetycy dostają dziwną wiadomość, którą nadaje im Maya. Okazuje się, że reinforsyna, lek, który tworzyli dla ludzi, a który posiadał okropne skutki uboczne, pozwala replikantom czuć. Maya i inni syntetycy zostali stworzeni na wzór człowieka, potrafili odtwarzać ich uczucia i gesty, ale sami tak dokładnie nie wiedzieli, co znaczą. Dlatego, gdy na horyzoncie pojawia się lek, który może pozwolić im jeszcze bardziej zbliżyć się do ludzi, Maya zaczyna się wahać. Nie wie już, komu ma pozostać wierna, kto tak naprawdę jest jej wrogiem i jaki właściwie jest jej cel. Po raz pierwszy od Przebudzenia zaczyna zastanawiać się nad sobą. W jej umyśle pojawiają się jej myśli, co nie może być możliwe, bo nie zażyła reinforsyny. W czasie, gdy Red leży w śpiączce, Maya ma coraz więcej pytań i mniej odpowiedzi. Jedno jest jednak pewne: chce żyć. - Izzie, zanim mnie wyłączą, pozwól mi zrozumieć. Dlaczego?
Kobieta siedzi w kucki pod ścianą i kiwa się lekko w przód i w tył, wpatrzona w podłogę, z dłońmi przyciśniętymi do czoła i palcami wbitymi w rozczochrane włosy.
- Bo nie chcę go stracić - mówi niewyraźnie, nie podnosząc głowy, nie patrząc mi w oczy.
Po raz kolejny jestem pod ogromnym wrażeniem bogatego języka i wiedzy, jaką posiada Martyna Raduchowska. Cała książka składa się właściwie z opisów na temat życia replikantów, jak są stworzeni, jakie mają cele, bo sama Maya zaczyna się nad tym zastanawiać. Dla przeciętnego człowieka niektóre słowa, wyrażenia i zwroty nie mają sensu, bo nawet nie wiemy, co znaczą, ale w żadnym stopniu nie odbiera to przyjemności z czytania. Byłam tak przejęta tym, co dzieje się w książce, że nawet nie zwracałam uwagi na cały ten robotyczny żargon. Czytamy o tym, jak Maya żyje za Murem, o jej przyjaciołach i „pracy”, i powiem szczerze, że bardzo spodobał mi się zabieg poznania Łez Mai ze strony samej Mai. Już nie mówiąc o tym, że to było naprawdę ciekawe, to w końcu mogliśmy się dowiedzieć, co siedzi w głowie replikantce.
Każda rewolucja prędzej czy później pożera własne dzieci, a ta ucztuje na mózgach duszonych w psychodelicznym sosie.
Maya nie zażywa reinforsyny, a mimo to w jej umyśle pojawiają się dziwne, niezidentyfikowane myśli. Ona tłumaczy to awarią w podzespołach, choć sama do końca w to nie wierzy. Muszę przyznać, że przejęła mnie historia Mai. Została stworzona tylko po to, by służyć, by się nie wahać, by chłodno oceniać sytuacje i by żadne uczucia nie przeszkadzały jej w pracy. Jedyne, co androidy czują od zawsze, to tęsknota. Obserwują ludzi i żyją wśród nich, a mimo to nigdy nie będą ich częścią. Maya nie chciała takiego życia. Mimo że wciąż pamiętała o Quinnie, choć uczucia do niego bywały zmienne, nie potrafiła znaleźć dla siebie miejsca. Nie była pewna do kogo należy i czy przypadkiem nie powinna należeć do samej siebie. Czuła się obca w swojej własnej głowie.
Dla maszyny cel jest wszystkim - jedyną rzeczą, która uzasadnia i definiuje jej istnienie. Maszyna musi istnieć po coś. A kiedy nie ma po co... Cóż. Wtedy z reguły trafia na złom.
Podsumowując, mimo że nie jest to język, jakim posługujemy się na codzień, czytanie idzie gładko i przyjemnie. Autorka świetnie rozgrywa zagadki i tajemnice tak, byśmy mieli może jakiś trop, ale nie byli w stanie niczego się domyślić. Przez cały czas byłam ciekawa, co będzie i dalej, ani na chwilę się nie znudziłam i nie miałam ochoty odkładać książki. Bardzo przyjemna odmiana, bo poprzednim niewypale (patrz recenzję niżej).
Moja ocena: 10/10 >Łzy Mai<
Moja ocena: 10/10 >Łzy Mai<
Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Uroboros!


Również ta kontynuacja mnie zachwyciła <3 Co prawda była nietypowa jak na drugi tom, ale na pewno fascynująca.
OdpowiedzUsuńwww.kulturalnameduza.pl
Prawda, zazwyczaj nie przepadam za takimi "książka x oczami y", ale tutaj wyjątkowo nie mogłam się oderwać :D
UsuńChętnie sięgnę po pierwszy tom. :)
OdpowiedzUsuńNie czytałam pierwszego tomu, więc musiałabym nadrobić :-)
OdpowiedzUsuńTę serie mam na swojej liście, jednak na pewno poczeka sobie jakiś czas zanim ją przeczytam
OdpowiedzUsuńMuszę wreszcie przeczytać! Leży i czeka, a ja ciągle się za nią nie zabieram. To chyba obawa przed zbyt szybkim zakończeniem.
OdpowiedzUsuń